Dzień 1: Forcoli → Siena (100 km, ponad 2000 m przewyższeń) - zaczynamy gravelową przygodę w Toskanii
Nasz pierwszy dzień gravelowej wyprawy dookoła Toskanii zaczynamy w miejscowości Forcoli, gdzie wynajmujemy mieszkanko w agroturystyce u Pana Leonardo. Zamysł jest prosty, agroturystyka położona trochę za miastem żeby bezpiecznie móc na tydzień zostawić samochód u Pana gospodarza. Do Włoch docieramy w sobotę pod wieczór, po kilkunastu godzinach jazdy non stop, więc nie do końca jesteśmy świadomi, w jakim miejscu wylądowaliśmy. W niedzielę rano wszystko staje się jasne i klarowne, gdy tylko wyjrzymy za okno naszej agriculti

Nasza trasa prowadzi w pętli, ma łącznie około 700 kilometrów długości. Każdego dnia planujemy pokonywać około 100 km, aby po tygodniu w siodle, powrócić do celu i zarazem startu naszej wyprawy na gravelach dookoła Toskanii. Pierwszy dzień to około 100 km odległości i ponad 2000 metrów przewyższeń. Odcinek z Forcoli do Sieny idzie na pierwszy ogień. Na mapie wyglądało niewinnie, ale profil wysokościowy szybko nas zweryfikował.
Zobacz wpis zbiorczy: Gravelowa Toskania – tydzień wyprawy gravelowej

Wszystko spakowane? Na pewno niczego nie zapomnieliśmy? Pożyjemy, zobaczymy:)

Pierwsze kilometry i wejście w teren
Początek szlaku na pewno nie jest imponujący widokowo. Przedzieramy się mozolnie przez dzikie chaszcze. Pierwsze rany już doznane - kolczaste krzewy rozrywają nam rękawy, ale to na szczęście nic poważnego, więc suniemy dalej.

Potem jest trochę lepiej i tutaj pojawia się gravelowa dygresja. Jarek jako jedyny jedzie na gravelu z prostą kierownicą. To ogromna przewaga na kamienistych zjazdach. Pewny, szeroki chwyt na kierownicy, klamki hamulcowe zaciskane w innej (bardziej ergonomicznej i efektywnej pozycji). Na zjazdach jest to ogromny atutu, przede wszystkim dlatego, że nie bolą aż tak ramiona i dłonie od zaciśniętych zacisków na klamkomanetkach baranków. Za to mamy z Brzozą o wiele bardziej aerodynamiczną pozycję do jazdy na długich prostych:)

W końcu wyjeżdżamy na bardziej ludzki odcinek trasy i słoneczko zaczyna powoli przedzierać się przez poranne chmurki

Wcale nie potrzebujemy słońca, aby solidnie się rozgrzać. Toskania od samego początku pokazuje nam swoje piękne, wspinaczkowe oblicze. Trzeba przyznać, że naprawdę szybko i jesteśmy solidnie dogrzani. Tutaj to nawet bez wypychów się nie objedzie...

Palaia i pierwsze prawdziwe szutry
Docieramy do pierwszego urokliwego toskańskiego miasteczka Palaia, a tam napotykamy dość nietypową... stację benzynową i taka to właśnie włoska robota:) Francesco Paltegumi byłby na pewno ukontentowany! Zastanawiające było również, gdzie się płaci za benzynę? W restauracji?

Jesteśmy zdecydowanie złaknieniu szutrów i gravelowej przygody. szybka pętelka po Palai i już wjeżdżamy w teren, który zdecydowanie bardziej nam odpowiada. Trochę musieliśmy poczekać na szuterki, ale w końcu są i one.

Tak samo jak pierwsze imponujące toskańskie widoki. Do takich krajobrazów zdążymy się zresztą w ciągu naszej całej gravelowej wyprawy przyzwyczaić. Winnice, wzgórza i przepiękny krajobraz widziany z góry. Z góry, na którą wcześniej musieliśmy podjechać.

Garminy świecące na czerwono też nie będą żadną niespodzianką. Pierwszego dnia dostajemy solidnie w kość. Jazda na ciężko z wypchanymi sakwami to nie w kij dmuchał. Forma jest, ale wielokrotnie będziemy cierpieć na stromych podjazdach w Toskanii.

Choć zawsze potem, w pełni zasłużenie, możemy nacieszyć oko i duszę czymś takim. To zdecydowanie poprawia nastrój przed kolejnym podjazdem.

Zdarzają się również dziwaczne niespodzianki, jak spalony samochód na poboczu. Nikomu nie przeszkadza, stoi sobie grzecznie i czeka chyba na lepsze włoskie czasy w słonecznej Toskanii:)

Zawsze też staramy się znaleźć chwilę na łyczek dobrej włoskiej kawusi - a jakże! Tym bardziej, że kawa we Włoszech jest tania jak barszcz w porównaniu z obecnymi cenami w Polsce. Nie będziemy sobie przecież żałować węgli i cukrów, więc do kawki wjeżdża również ciacho. Tutaj zostaliśmy jednak zmyleni. Mała czarna do południa uśpiła naszą czujność i tego dnia obiadek musieliśmy zjeść w stylu marketowym. Zaskoczyła nas wszechobecnie szanowana siesta i basta!

Udaje nam się też czasami złapać trochę winogron wprost z krzaka. Sezon zbiorów już dawno minął, więc korzystamy z resztek. Grona są nad wyraz dojrzałe i przez to bardzo słodkie. Tak samo, jak nasze kierownice - całe poklejone od lepkiego soku.

San Gimignano – piękne, tłoczne i wymagające
Naładowani winogronową fruktozą dobijamy do średniowiecznego miasta San Gimignano, które słynie z charakterystycznej zabudowy z jasnego kamienia i wież-domów.

San Gimignano to bardzo ładne, ale zarazem równie tłoczne miasteczko. Wszędzie panuje zgiełk, turyści tłoczą się w kolejkach nawet po lody. Znak zakazu jazdy na rowerze nam zdecydowanie nie sprzyja. Dodatkowo robi się już zdecydowanie chłodniej. Przed nami jeszcze 2-3 godziny w siodle, więc ruszamy dalej w stronę Sieny.

Musimy się znowu trochę powspinać, ale warto ponieść ten trud. Przed nami zdecydowanie jedne z piękniejszych krajobrazów tego dnia

Nakręceni kręceniem, widokiem winnicy na wzgórzu, dajemy się ponieść emocji chwili i zajeżdżamy na małą degustację. Jak smakuje takie toskańskie winko? Możecie się domyślać...
Końcówka dnia, chłód i nocleg
W winnicy spędzamy dłuższą chwilę, ubieramy się po same uszy. Bukujemy oddalony o kilka kilometrów nocleg w budżetowym hotelu. Robi się już bardzo zimno, ale przecież w połowie października i tak możemy być zadowoleni z możliwości jazdy w ciągu dnia "na krótko". Do hotelu docieramy już po zmroku, w dodatku Broza dokręca kolejne kilometry na Stravie po telefon zostawiony w winnicy:)

Nasza logistyka noclegów opiera się na wybieraniu miejsc ze śniadaniem bo to znacznie ułatwia poranne kręcenie. Poza tym na jesieni w Toskanii jest cała masa wolnych pokoi, więc zawsze znajdujemy coś dla siebie. Tym razem trafiliśmy na wystarczający standard pokoju, ale za to śniadanko kolejnego dnia mieliśmy nader wyśmienite. A dlaczego nie dotarliśmy do Sieny i wiele wiele więcej już wkrótce w kolejnym wpisie. Jeśli jesteście ciekawi, co działo się drugiego dnia naszej rowerowej wyprawy dookoła Toskanii, zapraszamy do relacji gravel-dookola-toskanii-dzien-2-siena-chianti-gravel-strade-bianche.
FAQ – Gravelowa Toskania, dzień 1
Jak długi był pierwszy dzień wyprawy?
Pierwszy dzień miał około 100 km i ponad 2000 metrów przewyższeń (Forcoli → Siena).
Czy Toskania jest wymagająca na gravelu?
Tak – już od początku trasy pojawiają się strome podjazdy i odcinki w terenie, a jazda z sakwami potrafi solidnie dać w kość.
Jakie miasteczka odwiedziliście pierwszego dnia?
Po drodze pojawia się Palaia oraz San Gimignano, a finałem dnia jest dojazd w kierunku Sieny.
Czy da się zjeść coś normalnego w ciągu dnia?
Poza sezonem trzeba uważać na siestę – łatwo skończyć na jedzeniu marketowym, jeśli nie trafi się na otwarte miejsce.
