Gravelowa wyprawa dookoła Toskanii marzyła nam się w zasadzie już od dłuższego czasu. Odkąd objechaliśmy Słowenię na gravelach i doznaliśmy rowerowej ekstazy połączonej z bajecznymi widokami oraz fantastyczną rowerową infrastrukturą, wiedzieliśmy, że następnym razem wybierzemy się w miejsce równie ekscytujące, a może i jeszcze lepsze, np pod kątem kulinarnym. Tego nam w Słowenii jednak zdecydowanie zabrakło, ale tylko tego:)
W telegraficznym skrócie nasza cała wyprawa dookoła Toskanii na gravelach to pokonanie około 700 km w ciągu 7 dni oraz około 10 000 metrów przewyższeń. Całość w stylu biekepackingowym, na ciężko, z sakwami i całym koniecznym, i oczywiście też zredukowanym do minimum ekwipunkiem. Ten wpis jest ogólną zajawką i wstępem do kolejnych, bardziej rozwiniętych opisów wydarzeń podczas naszej wyprawy dookoła Toskanii, które już niedługo (mam nadzieję) powstaną i będą również polecać się lekturze.
Wyprawa gravelowa dookoła Toskanii – plan i ekipa
Nasza gravelowa Toskania to przede wszystkim wyprawa w zgranym i już wielokrotnie wyprawowo i ultramaratonowo dotartym trio: od lewej Maciek, Paweł, Jarek - Bon Giorno! Chociaż nie, w końcu było już popołudnie, więc raczej klasyczne, lokalne włoskie: Sera!
Przewyższenia i toskańskie widoki
Dziesięć tysięcy metrów przewyższeń nie wzięło się znikąd. Musieliśmy się solidnie namozolić, wylać litry potu, czasami w upale, na szczęście nigdy w deszczu, aby dotrzeć w miejsca, o których wcześniej tylko czytaliśmy lub mieliśmy okazję widywać w filmach (kto nie widział Gladiatora...)

A tutaj podobno gdzieś w łanach zbóż tarzał się właśnie Russel Crowe jako Gladiator:)

Szutry, winnice i rolnicza Toskania
Winnice ciągnęły się kilometrami, więc do tego typu widoków zdążyliśmy się nawet w jakiś sposób przyzwyczaić, choć w pewnych rejonach Toskanii winnic jest już bardzo mało. Choć to kraina głównie winem i oliwą z oliwek płynąca.

Korzystaliśmy z każdej nadarzającej się okazji aby trochę poszabrować i skosztować winogron prosto z krzaka. Były już solidnie przejrzałe, ale za to baaaardzo słodkie. Tak jak i nasze kierownice, które potem do wieczora kleiły się niemiłosiernie:)

W rejonach mniej winnych w Toskanii rządzi rolnictwo, a uprawy na tak stromych zboczach wymagają solidnego sprzętu na gąsienicach. Fajnie wygląda taka maszyna porzucana pośrodku pola, gdy nadszedł czas siesty. Wybija godzina 13 i nie ma przebacz, finito, basta i ja to szanuję:)

Bikepacking, serwis i wypychy na podjazdach
Nasze sprzęty dały pięknie radę, odbyło się na szczęście bez ani jednej awarii, ba, nawet bez ani jednego kapcia (wszyscy kręcimy na mleku). Pewnie dlatego, że dbaliśmy o nasze maszyny każdego dnia, a na pewno za każdym razem o łańcuch:)

Czasami nawet zdarzyła nam się w jednej z baz, prawdziwa, jakże wspaniała rowerownia z elektrycznymi stojakami, narzędziami, ect, więc tam też... posmarowaliśmy łańcuchy woskiem i poszliśmy wyprać w umywalce kilka koszulek bo są sprawy ważne i ważniejsze:)

A jak powszechnie wiadomo, kto nie smaruje ten nie jedzie, więc oczywistym jest, że zdarzały nam się wypychy, kto bogatemu zabroni? Nie była to może nasza codzienność, ale Toskania ma to do siebie, że jeśli nie jest górzysta, to już na pewno bardzo pagórkowata.

Choć zupełnie nie wiadomo dlaczego to Brzoza za każdym razem zasłużył na pchane zdjęcie:)

Czasami trafialiśmy w miejsca, gdzie zwyczajnie nie dało się jechać, więc bywało pchane na potęgę. Toskania to przecież głównie zjazdy i podjazdy i tak w koło Macieju...

Nie ma jednak co narzekać na nawierzchnie. Kręciliśmy dosłownie po wszystkim. Zdarzały się przede wszystkim wspaniałe odcinki szutrowe (w tym wymarzone przez Brzozę i zrealizowane klasyczne Strade Bianche). Szuter nie jest aż tak twardy i zbity jak w Słowenii, na zjazdach trzeba uważać, żeby nie złapać grząskiej części pobocza, ale te białe szuterki w połączeniu z widokami robią niesamowitą robotę. Już w Polsce okazało się, że ten szuter jest w każdym zakamarku naszych graveli - taka rowerowa pamiątka, ma się rozumieć.

Asfaltom też nie odmawialiśmy, ale raczej przede wszystkim po to, aby dotrzeć w konkretne miejsce trochę szybciej, lub jeśli już nie dało się jechać w terenie.

Zdecydowanie lokalne drogi szutrowe, te pośród drzew robiły najlepszy klimat, a było ich w Toskanii całkiem sporo. Może z tymi drzewami nie ma jednak co przesadzać. Zdarzały się i tyle. Przebitki przez miasto bywały nieuniknione.
Choć np w Sienie zdarzyło nam się spędzić nawet dłuższą chwilę. Może dlatego właśnie.

Nasze maszyny jednak najlepiej czuły się w toskańskim terenie, a bywały odcinki wręcz magiczne.

Nie żeby nam się jakoś specjalnie spieszyło, ale zdarzyło nam się nawet, jeden jedyny raz w naszym życiu, jechać autostradą. To była prawdziwa włoska robota (podobnie jak na Ciclopista del Garda z dziećmi), droga się raptownie skończyła, nie było odwrotu, nie było objazdu, nie było niczego

Nie było wyjścia, była za to autostrada, więc weszły maksymalne waty, trochę stresu i jakoś wydostaliśmy się z tych włoskich tarapatów. Na pewno nie polecamy, ale ciekawostka jest taka, że żaden z wymijających nas kierowców nawet nie pomyślał, żeby użyć klaksonu - ot włoska robota:) W ogóle nikt podczas całej naszej rowerowej wyprawy dosłownie ani razu nas nie obtrąbił... null, zero, ani jeden włoski kierowca.

Do celu przeważnie docieraliśmy pod wieczór, czasami nawet po zmroku, więc lampki i dodatkowe warstwy odzieży termicznej zdecydowanie się przydały. Wieczorami potrafiło być naprawdę bardzo zimno. Wjeżdżało całe ubranie z podsiodłówki. Zresztą poranki też bywały rześkie.

Miasta, kawa, siesta i morze – włoski klimat wyprawy
Po drodze staraliśmy się odwiedzać wszystkie ciekawe, małe miasteczka, w których za każdym razem zachwycał nas ich niepowtarzalny klimacik

Przemieszczanie się w tych wąskich uliczkach sprawiało nam całą masę rowerowej frajdy. To może śmieszne, ale nie da się do końca słowami opisać tego uczucia. Jakbyśmy sunęli na rowerach w otulinie łaskoczących nas co nie co budynków...

Z jednego z nich uciekaliśmy tak szybko jak tylko byliśmy w stanie. Kilkudniowe obcowanie z naturą i sielskością zaburzyło naszą percepcję empiryczno-poznawczą:) i z Pizy ewakuowaliśmy się w te pędy! Dzikie tłumy turystów to zdecydowanie nie nasze klimaty. Zobaczone, odhaczone, grazie i arrivederci!

Natomiast takie miejsca to już zupełnie inna para kaloszy.

więc zawsze staraliśmy się dostosowywać trasę tak, aby było jak najciekawiej, najbardziej krajobrazowo, po prosru najprzyjemniej na gravelach. Czasami korekty następowały dosłownie w locie. Garminy dawały radę i nie gubiły traka, tak jak to miało miejsce w Słowenii, a tym bardziej podczas zeszłorocznego przejazdu przez szutry i kamienie Chorwacji.

Mieliśmy też codziennie czas na przysłowiową kawusię, a jak! Espresso czy też dopio i ciacho to zasłużona nagroda za te godziny i kilometry w siodle. Na spokojnie bez pośpiechu, na zupełnym chillu, tak tak...

Nie było się zresztą dokąd spieszyć. Włoska siesta trwała przeważnie od godziny 13 do 17-18, więc i tak przeważnie nie mieliśmy gdzie zjeść. A kalorii potrzebowaliśmy sporo. Stołowaliśmy się zatem w stylu marketowym

i też było dobrze, w takich okolicznościach przyrody to nawet bardzo dobrze, choć potem czasami jechało nam się jakoś ociężale... Choć tutaj przemiła pani w sklepie sama zrobiła nam kanapki z szyneczką i bagietką. Taka prawdziwa włoska Mammina:) Czuliśmy się czasami wspaniale zaopiekowani. Dogadani na migi w stylu alpejskim pod czujnym okiem i sercem włoskiej kobiety, która starała się nam pomóc całą sobą. To było naprawdę bardzo osobliwe uczucie.

Zdarzały się wyjątki od siestowej reguły, więc jak tylko trafiliśmy na jakąkolwiek otwartą restaurację, bistro, bar, to wjeżdżała oczywiście pizza. Za każdym razem węgle ładowaliśmy pod sam korek. Tutaj wszystko samo się robiło z nieskrywaną przyjemnością.

Tak samo też było, gdy za każdym razem docieraliśmy do celu, na każdy zaplanowany szczyt. Aby napotkać kolejny szczyt za szczytem i zaszczyt za zaszczytem.

Po drodze napotykaliśmy niespodzianki, czasami brnęliśmy w nieznane, aby gdzieś tam dalej przedostać się na drugi brzeg.

Czasami też brzeg był już nawet na wyciągnięcie ręki, więc korzystaliśmy z nadarzających się okazji aby zajrzeć w urokliwe miejscówki.

W Adriatyku też skorzystaliśmy z kąpieli słonecznych

bo niestety nie wszystkim było dane zanurzyć się w słonej wodzie i wypluskać:) Nadrobimy na bank kolejnym razem.

Jeśli nawet nie mieliśmy okazji mieć kontaktu fizycznego z wodą, zawsze możłiwy był też ten wzrokowy znad wzgórza, na które musieliśmy się wcześniej solidnie powspinać. Jak zwykle było warto.

Aqua to chyba nawet słowo klucz naszego całego wyjazdu, bo poza samym codziennym nawadnianiem, woda towarzyszyła nam praktycznie wszędzie, albo nad nami w akweduktach

albo też nad i pod, jak w jednych z termalnych żródeł, które termalne były tego dnia tylko z nazwy:)

Nie ma jednak co narzekać. Cały trip udał się w 100%, wypaliło dosłownie wszystko. Wszystko też zgrało, 700 kilometrów pękło. Wjechaliśmy ponad Mount Everest w pięknym klimacie od gór po morze, od winnic, pól uprawnych, kolczastych krzewów i ogromnych kaktusów. Jeśli jesteście ciekawi, jak cała nasza gravelowa Toskania wyglądała w szczególe, jak planowaliśmy i jazdę, trasy, logistykę? Na jakich jechaliśmy sprzętach i co się sprawdza w tygodniowym bikepackingu? Co warto ze sobą zabrać, z czego zrezygnować? Które miejsca warto odwiedzić? Jak wyglądały nasze ślady GPX? Lada dzień będzie dostępna relacja z pierwszego odcinka trasy: Pierwsze 100 km gravelem w Toskanii.
Rowerowa Toskania to kraina dość wymagająca, więc forma być musi. Kulinarnie i klimatycznie jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju, więc na pewno wrócimy na tamtejsze szuterki jeszcze nie raz nie dwa. Grazie i arrivederci!
